STOS NA CZAROWNICE CZ. II

 

  O ściganiu czarownic, stosach, straszliwych procesach i torturach mówi się zwykle w kontekście tzw. "mroków średniowiecza". Jest to jeden z najbardziej rozpowszechnionych błędów historycznych, bezmyślnie powtarzanych przez ludzi, którzy naczytali się zbyt wiele opowiadań lub powieści, mających niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bowiem okres, kiedy zaczęto powszechnie oskarżać kobiety o uprawianie czarnej magii i prześladować je, to okres renesansu lub odrodzenia. Kojarzy się nam on głównie z odkryciami Kopernika i Keplera, z piękną architekturą, zakładaniem uniwersytetów, początkami nowożytnej poezji. Tymczasem renesans to również zainicjowanie niewiarygodnych w swym okrucieństwie prześladowań. Prześladowania te sterowane były w dużej mierze przez kościół katolicki (choć duchowni nie zawsze uczestniczyli w badaniach czarownic, jednak często stwarzali atmosferę przyjazną polowaniom), ale nie lepsi byli wyznawcy Lutra lub Kalwina. Co ciekawe masowej histerii, związanej z czarnoksięstwem nie znały kraje mahometańskie (Turcja) i prawosławne (Rosja). Polsce również w dużej mierze udało się uniknąć tego szaleństwa. Owszem, odbywały się u nas procesy, płonęły stosy, ale w żadnej mierze nie można porównać tego z histerią, która ogarnęła Niemcy lub Niderlandy. W Polsce nie istniało też odgórne przyzwolenie na tego typu zachowania. Dwór królewski, dwory magnackie, czy dostojnicy kościelni nie sprzyjali nagonkom na czarownice, a wręcz często starały się interweniować, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia zarazy. Ostatni stos zapłonął w Polsce w roku 1775 w Doruchowie w powiecie ostrzeszowskim. Czternaście kobiet oskarżono wtedy o rzucanie uroków na dziedziczkę. Trzy umarły jeszcze w czasie okrutnych przesłuchań, jedenaście pozostałych spalono. Co ciekawe przeciw tej parodii procesu wystąpił miejscowy ksiądz, który pojechał nawet z interwencją do króla. Zanim jednak wrócił z królewskim ułaskawieniem, oskarżone kobiety spalono. Proces w Doruchowie wywarł tak wielki wpływ na współczesnych mu polityków, że już w rok później Sejm Rzeczypospolitej, mocą swej uchwały, zniósł tortury i zakazał wymierzania kary śmierci za czary.

        O co i kogo oskarżano zwykle o czary? Przede wszystkim były to kobiety. Często stare, samotne i zdziwaczałe, zajmujące się zielarstwem lub leczeniem. W tym wypadku niezwykle łatwo było oskarżyć o rzucanie uroków, trucie lub sprowadzanie chorób. Jednak histeria poszukiwania czarownic ogarniała również całe miasta. Szczególnie silne psychozy rodziły się w klasztorach. Młode kobiety pozbawiano kontaktów z bliskimi. poddawano morderczej dyscyplinie, często poniżano i upokarzano, pozbawiano możliwości seksualnego spełnienia. O tym, jak ciężkie było klasztorne życie może świadczyć fakt, iż średnia życia zakonnicy sięgała zaledwie 10 lat (od momentu trafienia do klasztoru)! Rodziło to histerie i frustracje, czasami przybierające kształt opętania, a co za tym idzie oskarżeń o uprawianie czarnej magii i konszachty z szatanem. W 1619 roku histeria taka ogarnęła klasztor urszulanek w mieście Aix, od 1632 roku trwały procesy przeciw  opętanym zakonnicom i księżom z Loudun, w 1647 roku zapłonęły ostatnie stosy w sprawie konszachtów z diabłem mniszek i księży z Louviers.

        Oskarżenie o czary stawało się łatwym orężem w walce pomiędzy bogatymi i biednymi. Cóż było prostszego, niż zarzucić kontakty z diabelskimi mocami dobrze prosperującej i pracowitej gospodyni? Czyż jej powodzenie nie mogło wynikać z tego, że sprzyjał jej diabeł? A nieszczęścia (zwykle urojone np. odebranie mleka krowom, sprowadzanie gradu itp.) dotykające jej sąsiadek? Czyż nie wynikały ze złośliwej ingerencji tegoż samego diabła? Jak zwykle w małych środowiskach wchodziły w grę różne motywy ambicjonalne, czasami zazdrość o mężczyzn. Jednym z najgłośniejszych i wielokrotnie opisywanych procesów o czarostwo był proces w amerykańskiej wiosce Salem, trwający od lutego 1692 roku do stycznia 1693 roku (polowanie zostało przerwane dopiero dzięki osobistej interwencji gubernatora). W trwającej prawie rok nagonce w Salem, jak w lustrze odbijają się wszystkie motywy oskarżycieli, lęki i spirala wzajemnych oskarżeń (torturowano jedną osobę, ta wskazywała swoich wrogów, oni z kolei następne osoby). Jednak Ameryka Północna była w zasadzie krajem nie poddającym się psychozie. Na całym tym wielkim kontynencie skazano zaledwie 14 osób (nie licząc zgładzonych w Salem). Nie ma ty więc porównania z dziesiątkami tysięcy zamęczonych we Francji, Niemczech i Niderlandach. 
        O co oskarżano czarownice? Bardzo ważną rolę pełnił motyw seksualny. Kobiety przyznawały się do uprawiania seksu z diabłem, czasami przedstawianym w postaci kozła, czasami pojawiającym się jako piękny mężczyzna. Z diabłem i jego wyznawcami spółkowały po przybyciu na sabaty czarownic. Lot na miotle umożliwiało natarcie się specjalnymi , magicznymi maściami. Współczesne badania wykazały, iż kobiety opowiadające o swych podróżach na sabat,  bardzo często wcale nie kłamały. Używając maści, mających w składzie narkotyki i środki halucynogenne, wyobrażały sobie wędrówki na zloty czarownic i seks z diabłem oraz jego poddanymi. Przeżycia były tak silne, iż stwarzały złudę rzeczywistości. Bardzo też możliwe, że oszalałe ze strachu i sponiewierane torturami kobiety (często przy tym zdziwaczałe i nie grzeszące inteligencją) zaczynały wierzyć w to co zeznają. Na przykład położna z miasteczka Dillingen przyznała, iż "ze swoim czartowskim kochankiem wyjeżdżała w różne strony na widłach... wykopała z grobów co najmniej jedno lub dwoje niewinnych dzieci, a ciałka ich pożerała. Kosteczki natomiast służyły jej do sprowadzania gradu".
   
     Wobec oskarżonych o czarostwo powszechne stosowano tzw. "sądy boże", do których należała osławiona próba pławienia. Ponieważ wierzono, że czarownica nie może utonąć, więc oskarżoną kobietę wiązano w tzw. "kozła" (lewa ręka z prawą nogą, prawa ręka z lewą nogą) i opuszczano do wody. Jeśli utrzymywała się na wodzie było to dowodem na to, że chroni ją szatan. Niestety pławiona kobieta często na wodzie się właśnie utrzymywała i nie wynikało to bynajmniej z nadnaturalnych mocy, przekazanych jej przez szatana. Po pierwsze sam sposób wiązania układał ciało w "łódeczkę", po drugie ówczesne kobiety ubierały się zwykle w obszerne spódnice i bluzki, które przez długi czas mogły pomóc w utrzymaniu się na powierzchni. A to było już wyraźnym świadectwem  diabelskiej współpracy i zachętą do kontynuowania dochodzenia (przełom w traktowaniu pławienia jako poważnego świadectwa nastąpił dopiero w 1593 roku, po opublikowaniu pracy profesorów uniwersytetu w Lejdzie, którzy wykazali niedorzeczność tej próby, posiłkując się argumentami z zakresu fizyki i anatomii, ale również teologii). Po oskarżeniu o konszachty z diabłem lub rzucanie uroków kobieta była więziona i przygotowywana do prób mających na celu stwierdzenie, czy jest czarownicą. Ponieważ powszechnie wierzono, że wiedźmy czerpią moc z ziemi, a więc oskarżoną unieruchamiano w dybach, mających uniemożliwić jej kontakt z podłożem. Już samo przebywanie w takich warunkach było torturą. W więzieniu kobieta czekała na sprowadzanego z najbliższego miasta mistrza - czyli wykwalifikowanego kata. Na początek rozbierano ją do naga i golono włosy na całym ciele (aby diabeł nie mógł się wśród nich schować). Jeżeli kobieta miała na ciele pieprzyki lub znamiona, to przebijano je długimi igłami, gdyż wierzono, że również tam może się ukryć nieczysta siła. Do zeznań zmusić miały tortury. Zazwyczaj kat na początku opisywał działanie narzędzi i prezentował je oskarżonej. Często już to koszmarne widowisko wystarczało, by kobieta przyznała się do wszystkiego co jej zarzucano i oskarżała następne osoby. Jeśli jednak uwięziona zachowywała się odważnie, to poddawano  ją torturom. 
Do najpowszechniejszych należało rozciągnie, powodujące, że ramiona były wyłamywane ze stawów (nastawianie wyłamanych już ramion uważano czasem nawet za bardziej bolesne od samej tortury). Popularne były też przypalanie i polewanie płonącą siarką, pojenie wrzącym olejem, a także śrubowanie dłoni lub stóp. Wedle prawa i zwyczaju oskarżonego torturować wolno było trzykrotnie. Jeśli przetrzymał trzy takie sesje (mało kto jednak miał tyle siły ducha), to sąd powinien uznać go za niewinnego lub co najmniej przejść do innych procedur np. oprzeć się na zeznaniach świadków. W rzeczywistości jednak sądy, złożone często z pijanych analfabetów reprezentujących miejscowy samorząd, zupełnie nie przejmowały się nakazami prawa i tortury prowadzono dopóty kobieta nie umarła lub nie przyznała się do winy.
        Karą za udowodnienie konszachtów z diabłem była, oczywiście śmierć. Rzadko kiedy udawało się podsądnej wyjść z takiej opresji, często nie pomagali nawet ani możni protektorzy ani bogactwo. Śmierć zadawano przez spalenie na stosie lub powieszenie (w Ameryce). Palenie na stosie mogło jednak przybrać różne formy. Najstraszniejszą z nich niewątpliwie było tzw. palenie na "wolnym ogniu". Oskarżoną przywiązywano do pala na dość długim łańcuchu, a wkoło ustawiano stos. Kobieta mogła uciekać przed ogniem i szamotać się, co znacząco wydłużało czas męki, a zebranym gapiom (tortury i egzekucje pełniły rolę spektakli teatralnych) dostarczało dodatkowych wrażeń.
        Ludziom światłym bardzo trudno było się przeciwstawić oskarżeniom o stosowanie czarów lub konszachty z diabłem. Po pierwsze mogli oni sami zostać oskarżeni. Po drugie oskarżyciele stosowali wszelkie metody, aby udowodnić, że mają rację. Kiedy pastor Lutz zarzucił magistratowi  Norlingen to, że bestialsko torturuje oskarżone kobiety i że pastwi się tylko nad biednymi, oburzeni rajcowie wszczęli postępowania wobec najbogatszych mieszczan! Dzielny burmistrz Trewiru, Dietrich Flade, przez 20 lata chronił swe miasto przed okropnościami procesów na czarownice. I nie uchronił. Spalono go na stosie jako czarownika w 1589 roku. Czasami jednak zdrowy rozsądek miejskich notabli przynosił skutki. W 1566 roku w amsterdamskim sierocińcu wybuchła epidemia opętania. Dzieci bluźniły, tarzały się w drgawkach, toczyły pianę z ust, a o złe uroki oskarżały pewną starszą kobietę. Jednak rajcy Amsterdamu nie dali się omamić. Zaobserwowali, że rzekome opętanie dotyka tylko dzieci zamkniętych w sierocińcu i nie odwiedzających rodzin ani znajomych. Kiedy więc dzieci rozmieszczano u lokalnych rodzin opętania ustały, jak nożem uciął. Holenderska Wysoka Rada wzięła w obronę skazaną już i wcześniej torturowaną kobietę, którą oskarżono o to, że "zatopiła statek poruszając gałęzią w wodzie". W dodatku oskarżyciel publiczny musiał uiścić koszta postępowania sądowego. Jednak, choć najczęściej ofiarami oskarżeń padały osoby pochodzenia chłopskiego i mieszczańskiego (oraz księża i zakonnice), to czasem zdarzało się też że groza stosów obejmowała arystokratki. Księżna Brunszwika, Sydonia (siostra elektora saskiego) oczyściła się z zarzutów dopiero przed specjalnie powołaną komisją papieską!
        Wbrew rozpowszechnionym poglądom, spopularyzowanym przez brukową literaturę czy kino, to nie inkwizytorzy uczestniczyli w polowaniach na czarownice i ich sądzeniu. Na terenie Niemiec, Anglii, Szkocji i Francji powstała wręcz profesja łowcy czarownic. Często byli to ludzie wykształceni, dysponujący sporymi koneksjami oraz gromadą podległych im, zbrojnych sług. Nicolas Remy, jeden z łowców, podaje że sam skazał na spalenie przeszło osiemset osób, a drugie tyle oskarżonych zdołało uciec przed jego pachołkami. Prześladowania czarownic zdarzały się jeszcze w XX wieku, zwłaszcza na terenie małych, wiejskich społeczności. Do tej pory trafia się, że sąsiedzi twierdzą o kimś, że posiada nadnaturalne moce, ma "złe oko" lub rzuca uroki. W Stanach Zjednoczonych i na zachodzie Europy funkcjonują stowarzyszenia czarownic i czarowników, a na terenia Karaibów i Afryki wiara w siły nadprzyrodzone i skuteczność zaklęć jest powszechna. Zaobserwować to można np. w czasie meczów piłkarskich. Nie ma chyba żadnej szanującej się drużyny z Czarnego Lądu, która nie miałaby w ekipie czarowników, wyspecjalizowanych we  wspieraniu swych zawodników i rzucaniu uroków przeszkadzających rywalom. Ale, patrząc na to z perspektywy dziejów, można powiedzieć, że wiara w czary przybrała formę mniej lub bardziej poważnej zabawy i daleko odeszliśmy od stosów, które przez stulecia płonęły w prawie wszystkich krajach chrześcijańskiej Europy.