Wiersze Akimmu


„Sen?”


Już ciemność czarnym płaszczem ziemię otuliła,
A wilki – dzieci nocy – pieśń rozpoczęły swą.
Sarkofagu pokrywa wnet się uchyliła
I wstała z niego postać spowita aurą złą…

Nad kamienną posadzką bezszelestnie płynie
A w żyłach jej się budzi nieposkromiony zew.
Leci coraz to szybciej, uśpione miasta minie,
Bo on zmierza do ciebie, by wyssać twoją krew…

Pochyli się nad tobą, i długie swoje kły
Zatopi w szyi białej, i spijać będzie płyn,
Co dni jego przedłuży, choć żywot jego zły.
A kiedy ranek wstanie, odejdzie mroku syn…

Gdy o świcie się zbudzisz, pomyślisz, że to sen
Stworzył te straszne wizje, że umysł z Ciebie drwi.
Za chwilę jednak oczy widok zadziwi ten,
Bo na poduszce swojej dostrzeżesz krople krwi…
 



„Danina krwi”


Szary wieczór ustępuje i nadchodzi czarna noc.
Deszcz o szyby bębni głucho, a w mym sercu smutku moc.
Przygnębienie, rezygnacja, dręczą mnie uczucia te,
Lecz niedługo północ będzie, wtedy wszystko zmieni się.

Zejdę na dół, do piwnicy, i ułożę krąg ze świec.
Potem wszystkie je zapalę, ich blask będzie mnie dziś strzec.
Białą kredą wyrysuje pentagramu wielki znak,
Na nim umieszczę tajemny magicznych symboli szlak.

Wreszcie stanę w jego środku, wezmę sztylet w swoją dłoń,
Zimną stalą przetnę żyły, krople potu zroszą skroń.
Krew popłynie po podłodze, na czerwono barwiąc ją,
Wtedy strasznym głosem wezwę potęg, co Złem czystym są!
 

 


„Mój wybór”


Dusze spod znaku Trzech Szóstek,
Inna egzystencja wzywa!
Czeka was straszna wyprawa,
Podróż przez Piekło prawdziwa…

Nad jeziorami płomieni
Nieprzenikniona trwa ciemność.
Nie ma tam miejsca na Światło,
Ani na Życie czy Miłość…

Kolejny wymiar cierpienia
Odkrywam, i czuję, że
Niebo, chociaż tak cudowne,
Nie jest stworzone dla mnie!


 

„Rozwiązanie”


Przemierzam rozpaczy drogę,
Cierpieniem wybrukowaną.
Zawrócić z niej już nie mogę,
By ogrzać duszę znękaną…

Zbyt wiele zła już widziałem,
Los taki okrutny bywa.
Lekcję od życia dostałem,
Że dobro zawsze przegrywa!

Przyrzekłem się nie poddawać,
Lecz wciąż świat podły tak samo
Próbował wolę mą złamać,
Aż w końcu mu się udało…

Nareszcie skończą się męki,
Nóż żyły me przetnie gładko.
Świadomy kresu udręki
„Dobranoc” szepnę ci słodko…
 


„Zaświaty”


Dusza moja porzuca cielesne okowy,
Opuszcza tę powłokę, która ją więziła.
Dostrzegam mroczny tunel i jestem gotowy
By wejść do tego świata, gdzie Zła rządzi siła…

Wkraczam przez gigantyczną bramę z ludzkich kości,
Na niej krwawe litery wyraźnie widnieją;
Słowa przerażające, odarte z litości:
„TY, KTÓRY TUTAJ WCHODZISZ, ŻEGNAJ SIĘ Z NADZIEJĄ!”

Jakiś głos nakazuje iść prosto przed siebie
I wejść do małej łodzi, w której Charon czeka.
Odbijamy od brzegu, lecz umysł mój nie wie,
Dokąd mnie zaprowadzi Styks, umarłych rzeka…

Żeglując wolno poprzez trupioszare wody
Widzę setki dusz grzesznych, które cierpią męki
Za ziemskie przewinienia, i demonów hordy,
Co są narzędziem kary, tortury, udręki.

Zawodzenia nieludzkie i wrzaski straszliwe
Przeszywają powietrze – Piekła to codzienność.
Ogarnia mnie przeczucie, okrutnie prawdziwe,
Że właśnie tutaj spędzę pełną bólu wieczność…
 


„Rytuał”


Księżyc w pełni oświetla wąską, leśną ścieżkę,
A na niej grupkę ludzi w szatach purpurowych,
Idących wolnym krokiem ku małej polanie,
By tajemny swój obrzęd odprawić, gotowych.

Czeka tam na nich ołtarz – głaz suknem przykryty,
Na nim leży związana piękna blond dziewczyna.
Podchodzi do niej kapłan nigdy krwi nie syty
I modlitwą do Złego rytuał zaczyna…

Potem unosi w górę długi sztylet stary,
Patrzy na zgromadzonych, waha się przez chwilę,
Po czym wbija go w ciało niewinnej ofiary,
Oddając cześć w ten sposób wiecznej Mroku sile.
 


„Triumf duszy”


Do Sali tortur powracasz, gdzie niegdyś cię zamęczyli,
Chcesz znaleźć spokój wśród murów, świadków twojego cierpienia.
Wciąż ostry topór tam leży, którym ci głowę obcięli,
I krew zaschnięta na bruku podłogi twego więzienia…

Samotnie w tych kazamatach błąkasz się jeszcze przez chwilę,
A nasyciwszy się śmiercią na zawsze w ścianach zastygłą,
Wyruszasz za miasto, w ciemność, znaleźć zbiorową mogiłę
W którą twe zwłoki wrzucili między hołotę tak podłą.

Nie przypuszczali ci głupcy, że maga jak ty wielkiego
Nawet zgon tak straszliwy nigdy nie zdoła powstrzymać.
W umyśle swym już planujesz dla wroga twego każdego
Los tak okrutny i straszny, że będą cię o śmierć błagać!


„Gniew Stwórcy”


Błękitne niebo zakryły masywne burzowe chmury,
Wyraźnie oddzielające Ziemię od Niebios jak mury.
Za nimi także i Słońce promienie swoje ukryło,
Jak gdyby nie chciało świecić dla czegokolwiek, co żyło…

Zerwał się wicher potężny, niszczący domy i drzewa,
Z obłoków zaś popłynęła godna Potopu ulewa.
Grunt pod stopami się zatrząsł, eksplodowały wulkany,
Ocean wystąpił z brzegów, ląd obmywając zbrukany…

Ludzie widzący te znaki ku górze ręce wznosili,
W modlitwach błagając Boga, by Koniec od nich oddalił.
Tak pośród burz i płomieni o łaskę Jego prosili,
Lecz nawet sług swych gorliwych nie ustrzegł i nie ocalił.

On bowiem był już znudzony człowiekiem, którego stworzył,
Na nic się zdały ofiary, składane jak za dawnych lat.
On plany wielkiej zagłady gatunku tego ułożył,
Już wkrótce z ludzkości wszelkiej oczyszczony będzie ten świat…

 


„Przemiana”


Przybyłem po twa duszę, twoją krew i ciało,
Chce zabrać ci to wszystko, czym jesteś dla świata.
Wezmę nawet wspomnienia, by nic nie przetrwało
Z ciebie, bo twe odejście będzie jak zapłata.

Przeniosę cię do miejsca, w którym Dobra nie ma,
Gdzie nic się już nie liczy, prócz bólu wiecznego.
Ziemie te sam Lucyfer twardą ręką trzyma,
I nikt nie może uciec z czarnych szponów jego.

Tkwić tam ci przeznaczono przez eony całe,
Aż sam staniesz się niczym piekielne demony:
Cierpienie, strach, nienawiść to piętno niemałe,
Sprawią, że sam siał będziesz terror niezmierzony!
 


„Obserwator”


Zachód słońca czerwienią pokrył niebo całe,
Jakby wszystkie obłoki naraz krwią broczyły.
Spoglądam w dół i widzę w ogniu miasto małe
I straszliwe potwory, które je zniszczyły…

Niczym na skrzydłach wiatru pędzą wprost przed siebie,
By w piekielnych płomieniach skąpać resztę świata.
I nikt ze śmiertelników o tym jeszcze nie wie,
Że już Apokalipsy rozbrzmiewa kantata.

Ja natomiast z wysoka wszystko obserwuję,
Patrzę jak ludzie płoną, stają się popiołem…
Nawet przez krótką chwilę tego nie żałuję,
Że jestem Jego gniewem, Zagłady Aniołem!
 


„Anonimowemu szydercy…”


Nie znasz mnie ani trochę, choć co dzień mnie widzisz,
Mimo to z mej osoby drwisz sobie i szydzisz.
Krytykujesz to wszystko, czym jestem i chce być,
Ale nigdy nie zdołasz stylu mego zmienić.

Lecz kiedyś, ciemną nocą, gdy będziesz już spała,
Przyjdzie po Ciebie postać niczym z mroku cała:
Najpierw niematerialna, prawie przezroczysta,
Jednak szybko się stanie w pełni rzeczywista.

Nie wiedziałaś, że Złemu duszę swą oddałem,
Za wieczne potępienie moc wielką dostałem.
W piekielnej furii krzyknę, kły wbijając w ciebie,
Że lepiej rządzić w Piekle, niż być sługą w Niebie!
 


„Tryumf Dobra?”


Jaśniejąc niebiańskim światłem wkroczyłem w mroki jaskini,
Do jedynego schronienia ostatnich zastępów Złego.
W sercu litości nie czułem, gdy rozprawiałem się z nimi,
By dostać się – po ich trupach – do serca siedziby jego.

Zbroja, tak pięknie zdobiona, szkarłatem wnet się pokryła,
A pod stopami moimi szeroki potok krwi płynął.
Po kilku straszliwych chwilach okrutna rzeź się skończyła,
I byłem pewien że żaden wróg się ze Śmiercią nie minął.

Dotarłem wreszcie do miejsca na którym stał tron kamienny,
A wokół niego leżało szkieletów ludzkich tysiące.
Zaś na tym tronie zasiadał dostojny Władca Piekielny,
A oczy jego płonęły jak lawy jeziora wrzące...

Nie bacząc na Zła majestat szybko ku niemu podszedłem,
Dobyłem lśniącego miecza i wziąłem zamach szeroki...
Przez jedną ulotną chwilę strach w jego ślepiach dostrzegłem.
Za moment tuż u stóp moich leżały Szatana zwłoki...
 

 


„Porażka”


Mrok zimnej, jesiennej nocy otulił me drżące ciało
Kiedy – spowity w ciemności – wyszedłem poszukać Ciebie.
Samotnie, niczym duch, zjawa, drogę przemierzam niemałą,
Ale – gdziekolwiek nie dotrę – to nikt o Tobie nic nie wie.

Bez choćby cienia nadziei idę w milczeniu ulicą,
A smutek – wierny mój kompan – czas cały mi towarzyszy...
Nie znajdę Ciebie przenigdy – takie to myśli mnie dręczą.
Krzyczę w rozpaczy bezsilnej – nikt mego głosu nie słyszy...

Widzę wysoki budynek, na jego dach się dostaję,
Podchodzę blisko krawędzi, mocno zaciskam powieki,
I prosto w otchłani paszczę ostatni w życiu krok daję...
Może usłyszysz mojego upadku odgłos daleki.


„Litania do Szatana”


Ty, który Władcą Piekła jesteś, Przepotężny,
Ty, który rządzisz ogniem, Panie mój odwieczny,
Ty, który sam dowodzisz demonów kohortom,
Ty, który rozkazujesz najpodlejszym czartom...

Usłysz mnie, Szatanie!

Kapłanie Nienawiści, Siewco Przerażenia,
Mistrzu Podstępnej Zbrodni, Dawco Potępienia...
Źródło Kłamstwa i Zdrady, Ojcze Brutalności,
Miażdżący swoich wrogów bez cienia litości...

Objaw mi się, Szatanie!

Daj mi władzę, potęgę, sławę i bogactwo,
Wznieś mnie wysoko ponad to ludzkie robactwo!
Zniszcz nieprzyjaciół moich, i porwij ich dusze,
Aby przez wieczność całą cierpiały katusze!

Wysłuchaj mnie, Szatanie!


„Akt sprawiedliwości”


W ciepły, lipcowy wieczór po bruku ulicy
Idę w kierunku placu, gdzie spalić mnie mają.
Uzbrojeni i groźni wiodą mnie strażnicy,
Za nimi tłumy chciwe sensacji zdążają...

Niebawem docieramy na miejsce mej kaźni,
I stary ksiądz podchodzi do mnie wolnym krokiem.
Mówi o grzechu, skrusze, o Bożej bojaźni,
Nazywa mnie bluźniercą, zdrajcą, heretykiem...

Kat wykręca mi ręce, i grubym powrozem
Wiąże mi je w nadgarstkach, a potem odchodzi,
Aby z pochodnią w ręku przystanąć przed stosem,
I rychło go podpalić wśród krzyków gawiedzi...

Czuję już żar płomieni; postanawiam jeszcze
Spojrzeć na tłum wokoło ostatkiem moich sił.
Smutne zamykam oczy, i do siebie szepczę:
„Panie, mój mroczny Panie, czemuś mnie opuścił?”...