Wiersze Nimrodel

 

Na Mój Ból.. nie zapomnę...

Kiedy tak powoli
Spada łza,
Z kryształu szczerości,
Sama siebie pytam:
Dlaczego płaczesz?
Czemu jest ci źle?
Przecież wiedziałaś,
Że nie zatrzymasz czasu
I dawnych dni...
Że przeminęło...
Że wszystko się zmienia.
Już myślisz, ze zostanie,
A pryska niczym mydlana bańka .
Bezpowrotnie.

Gdzie tamten uśmiech?
Kto się ośmielił
Zabrać mi kawałek życia?!
Nie wiedziałam ile znaczy
Póki nie straciłam...
Skąd napływa ten ból?
Przepełnia smutek i strach...
Czemu widzę tylko mrok?
Nie mam nic...
Tylko samotność została.
„Nie płacz.
Łzą nie zmienisz świata,
Choć i słowa moc słabnie...
Nie możesz się poddać!
Czasem trzeba zapomnieć.”
Nie mogę.
I nawet sama
Nie wierzę w to, co mówię.


 

Wspomnienia Płatkiem Róży

 

Coś ponad zeschnięty płatek
Ponad wątłą blaszkę liścia i blady nerw
Ponad zbrązowiałą łodygę i tępy kolec
I ponad tą starą wstążeczkę bez barwy
Coś co nie potrzebuje wody by trwać
Ani słonecznych promieni
Czego nie tknie nawet czas
Niech więc sobie po wygraża palcem
Co zawsze będzie takie samo choć
Można by zmieniać i zewsząd ubarwiać
Echo zapomnianych z dawna pieśni
Cień dni minionych
Opary świeżych myśli i starych ideałów
Słodycz zakrapiana goryczą
Muśnięcie słowa szukającego drogi
Utkane z przeszłości i chmur
Zasuszone wspomnienia na zawsze 


W Twoich Oczach

Zobaczyłam niebo
Przetykane błękitem
Zobaczyłam łąkę
Tchnącą wiatrem
Zobaczyłam sztorm
Na burym morzu
Zobaczyłam więzienie
W niewoli miłości
Jeszcze smutek
I zamyślenie
Kawałek marzeń
I wesoły błysk
W twoich oczach
Zobaczyłam siebie


Tak mi ból dyktuje…

 Dość mam pisania o bólu
Ale tylko on mnie otacza
On troszczy się o mnie
I tuli, głaszcze po głowie
Rozdzierając przy tym serce
Podstępny i fałszywy
Ale tylko on trwa przy mnie
I jemu mogę ufać,
Że mnie nie zostawi
Dlaczego…?
Choć znów łzy toczą się po twarzy
Nie mam już siły płakać…
Nie mam siły walczyć….
Wokół wiruje czerwień
Gdy myślę o tym co jest
Wiem, że jutro nie będzie lepiej
Zapominam co to znaczy ‘ja’
Oni też zapomnieli…
Zabierzcie mnie stąd!!!
Skoro czuć mam tylko lęk i cierpienie
Nie chce czuć nic
Teraz

Porzucam nadzieję
Choć to boli najbardziej
Nie ma siły w niej trwać
Nie chcę więcej rozczarowań
Zabierzcie mnie stąd….
I zamknijcie w ciszy
Bym nie słyszała przekleństw świata
Pożegnajcie ode mnie moje marzenia
Taka szkoda…
Naprawdę w nie wierzyłam…


Słaba Siła

Bo czy silniej jest płakać
Czy obejść się bez łez?
Czy patrzeć szklistym wzrokiem
Czy mokrym spojrzeniem
Szukać pociechy?
Zbyt długo więzione
Wstrzymywane
Piekące łzy
Płakałam nimi pierwszy raz
Może powinnam się odwrócić
Bez pożegnania
I odejść, odbiec, uciec!
Nie patrzeć już w jego oczy
Nie patrzeć już w jej oczy
Nie widzieć już ich twarzy

Nie…
Siłą będzie tu zostać
Do końca
I słabnąć na ich oczach


„Są tacy ludzie”

Najukochańszej Polonistce na świecie, za wskazanie drogi do szczęścia,
za każdą chwilę, a przede wszystkim za to, że była… Dziękuję.

 
Są tacy ludzie
Nie powiem ci gdzie ich szukać
Bo oni sami się znajdą,
Że patrzeć na nich za mało
I mało słuchać ich słów,
Ale nie chcą niczego więcej.
Są tacy ludzie,
Którzy są dla innych
I patrzą sercem, bo to ich oczy.
To oni uczą cię życia,
Przeżywać dzień po dniu,
Nauczą słuchać, pokażą świat.
Nic nie chcą w zamian.
Spotykasz ich i nie wiesz o tym,
Bo nie powiedzą:
„Spójrz oto ja, słuchaj mych słów”.
Możesz ich też nie dostrzec,
Bo nie są krzykliwi.
O nie!
Dobroć nie krzyczy o sobie.
Ona czasem szepcze do ucha,
Nie musisz słyszeć.
Ale są tacy co słyszą i wiedzą.
Nie pytaj mnie kto.
A kiedy przyjdą do nich
Oni ich nie zapomną.
Są tacy ludzie
Silni miarą serca, uczuć
I mądrości siłą silni.
Oni potrafią zostawić po sobie ślad.
O nich się nie zapomina.
Nie można.
Wyciągają rękę zanim upadniesz.
Z Tobą i dla Ciebie.
Wiedziałeś?
Są tacy ludzie…


Obraz szarości

 Wokół mnie
Monotonia
Pochłania kolejny dzień
Bezbarwny
W odcieniach szarości
Improwizowałam
Z jaskrawą czerwienią
I zielenią i żółcią i pomarańczą
Wszystko się ze sobą zlało
Opadają ciężkie powieki
Ta czerń już zostanie
Nie rozproszysz jej barwami
Nie wygrasz nawet farbami
Pożera każdą cząstkę koloru
Jaśniejszą plamkę
Późna już godzina
Za późna
By zmieniać cokolwiek
Kolejny szary dzień

Może się pogodzisz
Ale nie ja
Będę walczyć
Aż braknie sił
I padnę
By nie powstać więcej
I zabarwiony ogień
Wybuchnie ostatnim wspomnieniem
Poświęcenia...
 


Kiedyś Wrócę

Jakby ta książka
pożarła mojego przyjaciela
Nie tylko jemu
mi też brak słów nasyconych mądrością
Jestem rozdarta między kilka światów
między wiele istnień
i chyba sama się w tym zagubiłam
Ale wiem na pewno
że kiedyś oni wszyscy
zamieszkają w jednym miejscu
tam gdzie ich zaproszę
osiądą na stałe
A ja będę razem z nimi
i już nikt mnie nie wydrze z marzeń
już nikomu nie pozwolę
nadużywać słów
Kiedyś się śmieli
kiedyś szydzili
Dzisiaj przyjdą
z pochyloną głową
ale jeszcze nie wiem
czy im przebaczę…
Może zatrzasnę im drzwi przed nosem
i niech wracają skąd przyszli


A tak gniew nakazuje…

 Piszę, gdy krople kryształu tłuką się o kamienie.
Piszę, gdy nie mam już siły wykrzyczeć nienawiści.
Piszę, gdy muszę przelać gorycz i obarczyć bólem kogoś innego…
Tchnąć cząstkę duszy i ożywić białą przestrzeń.
Wypełnić bólem by nie ronić więcej łez.
Szaleją, tańczą wokół roześmiane iskry poniżenia…
Niepamięć o tym, że nie jestem wątłym drzewem,
Że też chce rozpuścić na wietrze liście.
I śpiewać z wyjącym wiatrem, który wie, co to ucieczka,
A pojęcia nie ma o strachu…
Czym są myśli, myślące się ciągle, przewijając obrazy
I zadając pytania, choć wiedzą, że nie ma odpowiedzi.
Ta fala czułego lęku, co rozchodzi się po martwym ciele.
Te słowa zapełniające sobą przestrzeń widzenia.
Skąd płyną… Którędy wiedzie ich droga? I dokąd zmierzają?
Gdzie ten złoty feniks niosący radosną pieśń nadziei…?
Krąży nade mną stado upiornych kruków – zwiastunów burzy,

Powyginany piorunochron już nie uchroni…
Szczęście mnie opuściło z zawiści, że je miałam.
Czy logika to klucz do wszystkiego?
Niektóre sprawy należy zostawić bez wyjaśnienia, a pamięć o nich
 Nie umrze… Żyć będą w przyszłej przyszłości,
By zaspokoić potrzebę tajemnicy.
A jeśli odkryjesz kiedyś zakazaną tajemnicę – ten sam los cię spotka,
Co dotyka mnie… rozgrzanym do białości prętem
Nie idź drogą, przed którą stoi znak ślepej uliczki.
Nie myśl o mnie, bo już nie ma dla mnie ratunku,
Ale ty wycofaj się, jeśli jeszcze tylko możesz,
A jak nie, razem ze mną będziesz składać rozbite kryształy
I łapać spadające kropelki najczerwieńszej krwi…

 


***

 Smutek ma barwę łez.
Miłość kolorem róży pachnie.
Radość skrzy promieniem słońca.
Ból ubiera płaszcz nocy.
Wątpliwość szumi górskim potokiem.
Szczęście przeszywa szafirem niebo.
Nienawiść mrozem zabija.
Wzruszenie mieszka w kropli rosy.
Niepewność chowa się wśród źdźbeł.
Błogość tańczy w kłębach chmur.
Rozczarowanie lśni niknącą tęczą.
Entuzjazm śpiewa z wiatrem.
Złość czai się w półmroku.
Żal płacze kroplami deszczu.
Lęk brzmi nicią pajęczą.
Nadzieja błyszczy z gwiazdami.
Odwaga walczy z ciemnością.
Gorycz przepełnia czarę.
Zdumienie rozdziawia paszczę.
Gniew plami duszę.
Uniesienie uśmiecha się szeroko.
Melancholia mdlącym zapachem usypia.
Rozpacz rozrzuca czarne pióra.
Wiara łączy te wersy.
I tylko w mojej duszy każda ta melodia
Wspólnego szuka rytmu
W zgiełku pijanej opery…


Znalazłam Sen Wiarygodny

Przestałam szukać…
I znalazłam.
Znalazłam…?
Ten podmuch wiatru
Ten zapach
Ten promyk słońca
Ten uścisk dłoni
Czuję… czuję, że śnię
Nie chce się budzić
Bo to nie mogę być ja
Tam w parku pod drzewem
To chyba nie ja…

Tylko kim ona była?
Jak pięknie lśniły jej oczy
Splecione włosy tańczyły
Kiedy siedzieli tam razem
Chwile objęci
Chwilę przytuleni do siebie
Kiedy mówili szeptem
I wybuchali śmiechem
Widziałeś
Jak na siebie patrzyli?
Ona miała gwiazdy w oczach
On blaski księżycowe
Czy to dalej ten sam sen?
Czy to dalej ja?

Nie wierzyć w przebłysk
Słonecznej pogody
W uśmiech losu
To niewiarygodne
Że to jednak nie jest sen….


Wybór

Otoczył mnie krąg milczenia
Objęła mnie mgła zapomnienia
Spojrzała na mnie samotność
Zabrała mi moją godność 

Stanęłam na dróg rozstaju
Czy któraś prowadzi do raju?
Jedna się wije naprędce
Druga zadumę wciska w ręce 

Tamte pod górkę inne w dół
Każda prowadzi do innych ról
Ale ja nie chcę więcej grać!
Nie będę tych masek zakładać!

 Tam do nieba bym chciał iść
Lecieć z wiatrem niby zwiędły liść
Nie po ziemi ale wśród chmur
Pod słońce i deszcz, nad obraz gór

 Tamtędy, już wiem, już widzę
Tam tylko nadzieja ma władzę
Będzie moim przyjacielem
A całe życie jej natchnieniem.

 Z nią silna będę bez walki
Z nią też zajrzę w życia zaułki
Kiedy umrę zabierze mnie
Tam gdzie są najpiękniejsze dnie


Walka

Zawsze walczyłam
I nie znałam słowa ‘przegrana’
Padałam w chwili tryumfu
Talent dobierania broni
Odpowiedniej do zagrożenia
Zaciętość i upór
Gnały do celu
Tak naprawdę
Nie było kompromisów
Myślałeś, że przegrywam
Jeden z elementów taktyki
Usypiania czujności
Podstęp, spryt, przebiegłość
Pozwoliłam ci
Myśleć, ze jesteś górą
Ale to do mnie
Należał wieniec laurowy
Wieniec zwycięscy
Do dzisiaj
Teraz siedzę na polu bitwy

I czekam na litość


Ucieczka

Szybko!
Pod osłoną nocy, póki słońce śpi.
Uciekać!
Stąpam jak najciszej,
By nie budzić zła przedwcześnie…
Niech pozostanie uśpione
Jeszcze chwilę!
Jeszcze chwilę niech nie wie,
Że wyrwałam się z jego szpon,
Że ucieknę mu
Na koniec innego świata.
Jeszcze tylko zapakuje
Najniezbędniejsze:
Trochę dobroduszność,
Jeden uśmiech na każdą okazję,
Szczyptę odwagi dla serca,
Siłę zaklętą w duszy,
A tajemnicą okryję ramiona.
Nikt mnie nie pozna.
Nikt nie zatrzyma.
Uciekam!
Nareszcie!
Dawno temu miałam to zrobić.
Teraz nie zostaje nic innego.
Ucieknę…

Tylko dokąd?
Serce mi powie,
Bo czy to nie jego szukam?
Cicho!
Pora odjeść…
Poznać zapach wolności
I odlecieć na skrzydłach świtu…
Nie będę żałować.
Zostawiam tylko ciało
I gorące łzy…


Stłumione

I co?
Złamane serce
Przerwany wrzask
Ucieczka
Zobacz
Umiera…
Skrzywdziłeś
Nietykalną
Spojrzeniem
Jedna łza
Jedna myśl
Jeden sen
Ból
Znów i wciąż
Sama

Sama?
I blask księżyca

Z cieniem nocy
Zaciska zęby
Podnosi się
Srebrne lustro
Niemy głos
Miłości
Nie szukaj
Sama cię znajdzie
Jasny wzrok
Serce
Zimnem scalone
Już nie szuka
Już nie ma gdzie
Jego oczy
Dla niej już zgasły…


Sen o mnie i o tobie sen

 Tylko Ty,
Gdy płyną łzy.
Nikt inny!
Ty jesteś ich winny.
Ciepłe słowo
Wskaże na nowo
Drogę do snu,
Tej Krainy Bzu…
Gdzie nigdy mnie nie ma,
Bo są jak wspomnienia
Kradzione,
Chwile tam spędzone.
Nas tam nie było,
To tylko się śniło…
Mnie i Tobie
W tej samej dobie,
Dnia tego samego
Tak samo utkanego.
Drogie mi, więc te nici,
Z których mgieł spowici,
Biegniemy brzegiem morza
W otwarte nieba przestworza!
Mogłam tam wszystko.
Mogłam wzlecieć wysoko.
I na srebrnych skrzydłach
Pokonać straszydła,
Zmory koszmaru –

Rzeczywistości daru.
Ale wciąż tam pod niebem,
Pod twych skrzydeł powiewem,
Śpiewałam z aniołem
Wesołym tonem:
Miłości niemożliwa!
Tyś nie jest tkliwa!
Tyś ostra i żrąca
Pożarem serca…
Tyś najboleśniejsza!
I najstraszniejsza…
Lecz ciebie podsycam w podzięce,
Twą iskrę ściskam w ręce!
Przez życie z tobą pójdę

 

W największą nawet bujdę –
W blady blask naj-szarszych dni
Wystawiany w teatrze cieni.
I wiatr nam zawtórował
I deszcz nas ucałował,
Gdy porwałeś mnie w taniec szalony,
Pocałunkiem gorącym zwieńczony.
Prawdziwie poczułam szczęście,
Potężne miłości pchnięcie.
Zachłysnęłam się tchnieniem nadziei,
Że jeszcze tam wszystko się zmieni.
Portalem mym będą marzenia,
Mą bramą do szczęścia spełnienia.
I choć teraz z tą mgłą się rozmywam,
Choć z deszczu ulewą rozpływam,
Choć wiatr mnie na boki rozwiewa
I smętną melodię nucą drzewa
Wrócę znów nocy następnej,
Wrócę po śmierci przeklętej…


Płomień Gniewu

Patrzyłam w oczy ciskające gromy
Widziałam płonące źrenice
Błysk wściekłości zagrał
W gasnącej tęczówce
Zaszklone pioruny
Uwolnione bezsilnością
Spłynęły bez huku
Zaciśnięte usta
Wygięte w cynicznym uśmiechu
Bez radości
Ale pełne żalu
Drgające nozdrza
Wciągały ze świstem powietrze
Może chciały zagasić
Wewnętrzny płomień
Liżący serce
Może chciały nabrać tchu
I wyrzucić coś z siebie
Dotknęłam kosmyka włosów
Nastroszonych i czujnych
Ostrzegały - niebezpieczeństwo
Dłonie w pięści zaciśnięte
Uderzając we wszystko
Nie dbając o nic

Wbijając do krwi paznokcie
Drżące bezradnością
I niepohamowaniem
Te słowa w głowie
Które chciały by wypłynąć
I rozwiać się w nicość
A muszą mnie wypełniać
Muszą sycić płomień
Muszą ciągle istnieć
Muszą?

Muszą.
Bo nie ma wyjścia
Bo nie może
Zniszczyć gniewu
Nawet najszczersza łza…


Najmilszy, kiedy odchodziłeś, pękło mi serce…

 Gdyby słońce
Zesłało mi smutny uśmiech –
Pospieszyłabym się,
Żeby zdążyć ci powiedzieć
Jak bardzo cię kocham…

 Gdyby dzień mi powiedział,
 Że dla Ciebie jest ostatni –
Mocniej bym Cię przytuliła
I znów wyszeptała,
Że jesteś moim skarbem.

 Gdyby słowik za oknem
Zaśpiewał na żałobną nutę,
Wiedziałabym, że śpiewa dla nas
I zabrałabym Cię na koniec świata,
By śmierć nas tu nie znalazła.

 Wciąż nie mogę uwierzyć,
Wciąż płyną i schnął łzy,
Wciąż wybucham szlochem,
Wciąż popadam w otępienie,
Wciąż widzę twoje martwe oczy.

 Kto mnie teraz przytuli spojrzeniem?
Kto porozmawia milcząc?
Kto będzie ze mną w samotności?
Kto powie „kocham” dotykiem?
Kto rozproszy cienie dnia? 

Iskierko radości!
Tyle wniosłeś szczęścia!
Szedłeś za mną w ogień.
Z tym ufnym uśmiechem
Śmierć przyszła za szybko…
Łezka wzruszenia,
Kiedy wczoraj
Zatrzymywałeś się w miejscach,
W których nigdy nie byłeś.
Teraz wiem, że się żegnałeś.

 Czy wiesz jak bolało,
Gdy patrzyłam bezsilnie
Na twoje cierpienie?
Jak zabrakło ci sił,
By znów się podnieść… 

Czy wiesz jak boli
Ostatnie twoje tchnienie
Na moje ręce?
Gdy do końca wierzyłam,
Że będzie dobrze…

Widziałam jak umierasz,
Dusiłam się razem z Tobą,
Gdy łapałeś powietrze bez tlenu.
I słyszałam jak pęka serce…
Serce twoje czy moje pękło?

 Czułam nie bicie serca.
Słyszałam jego zamarcie.
A ty dalej walczyłeś o życie.
I nic nie mogłam zrobić…
Oszalałam z rozpaczy i strachu. 

A teraz drży we mnie wina.
Nie wierzę, że nie miałeś duszy.
Bo gdzie podziałaby się ta miłość
Mogąca wypełnić odległość
Do najdalszej z gwiazd… 

Nie ma dla mnie pociechy
W spijaniu słonych łez,
W zjadaniu własnego bólu,
W zapomnieniu i pamięci,

Ani w czarnym kolorze śmierci.

 Bo co mi zastąpi
Promień uśmiechu i wicher nadziei,
Fontannę szczęścia i płomień miłości,
Rześkie wzruszenie i spokój rozmowy,
Ciebie…?

 Niech ogarnie mnie rozpacz
Szalonym ramieniem…
Niech prowadzi ku pocieszeniu
Lub zgubie…
Na nic więcej nie zasługuję.

Muszę patrzeć na miejsce,
Niegdyś życiem tętniące,
A teraz zamarłe w niedoczekaniu
W nadziei na to,
Że znów się poruszysz…


Leśna droga

 Wiedzie zawsze dróżka nie pozorna w inny świat.
Zawsze zdarza się wtedy, gdy nic się nie dzieje,
A kiedy nie ma czasu, jest przygód wiatr.
I on w serca życia wlewa siły nadzieje… 

Ścieżka zielona, co wiedzie w las, między drzewa
I szumi strumyk, i słowik pięknie śpiewa.
Wiedzie w krainę na łąkę nieznaną,
Szlak, co nigdy nie da za wygraną.
Patrzysz w dal, podejrzliwym okiem łypiesz,
Gdy zagłębisz się weń, co będzie – nie wiesz.
Ale czeka na ciebie przygoda wspaniała!
Na pewno długo nie będzie czekała…
Uśmiech promienny twarz twą rozjaśni,
Bo oto odkryjesz wrota swej baśni.
Czym prędzej więc truchtem wbiegniesz przez bramę,
Splecioną z gałązek, co liśćmi utkane.
I jakbyś potężną przepaść przeskoczył,
Z takim rozmachem żeś tutaj wkroczył.
Gdzie piękno każdą napawa chwilę,
A wszystko inne widziane tu mile.

Tęcza otacza zamglony świat czarów,
Co się jeszcze opędza z sennych marów,
Lecz tutaj one wciąż wiodą prym
I razem ze mną szukają rym.
By w blasku słońca tańczyć,
Nie musieć już więcej walczyć,
Śpiewać pieśń księżycowi,
Co nie tylko swym srebrem drogi.
Tutaj szukasz nie po to by znaleźć koniecznie,
Ale po to by wypełnić chwile, co trwają tak wiecznie.
I czystą przyjemność z zabawą w parze

Składa los Tobie w ofiarnym darze.
Nic tylko chwytać lotne motyle
I śpiewać z Elfami przez każdą chwile.
A kiedy radości cię zmęczy szaleństwo,
Wracaj jak tylko mocno chcesz często,
W krainę marzeń i snów wyśnionych,
Gdzie moc wydarzeń miłością zdobionych.
I nie znajdziesz tu łzy jednej ni lęku,
Bo wszystko tu tonie w nadziei dźwięku.
A jak do reszty Cię zmęczy świat zły i szary,
W tej magii krainie dom zbuduj swój stały…


Gwardia Królowej Śniegu

Każdy dzień przybiera się w czerń,
bo znika słońce i przed wczesna nastaje noc.
Nie mam siły, by złapać ostatni promień,
niebieski  blask odchodzi i zostaje sama
w czerni, w karmazynie, w pąsowym kolorze róży.
I takie ostre te złote kolce…
Kropelka krwi spływa po twarzy jak śnieg białej.
Przejrzyste jak mróz chłodne uczucia
napełniają zniszczone serce kłębami dymu
i pary nie dawno ulotnionej złości.
Mrożą serce, aż zostanie sopel lodu,
sama Królowa Śniegu pochyli przed nim głowę.
Nie będzie musiała nawet muskać go swym skrzydłem.
Porwie mnie znów wir przesączony złem,
zabierze na chwilę tam gdzie cisza trwa
groźna jak wiatr, stara jak góry,
bo zamroziła swym tchnieniem sam czas.
I nie pozostanie nawet strzęp nadziei,
że kiedyś wyswobodzi mnie ze swojego uścisku.
On kocha świeżą krew i pije uchodzące życie,
żywi się nieszczęściem i cierpieniem świata…

Dlatego wstyd mi, że w nim jestem,
ale nie dali mi wyboru, zabrało prawo wolności
sześciu mrocznych rycerzy Królowej.
Pierwszy przyszedł Ból i kazał milczeć.
Zabierał mnie światu paraliżując swym ogromem.
Nauczył mnie cierpieć i dostrzegać je tam,
gdzie ślepe na krzywdę są ludzkie oczy.
Po nim nadszedł Smutek i wylał ze mną wiele łez,
lśniących krwią i bólem, słonych i gorzkich.
Powiedział, że trzeba płakać złymi łzami,
kłamał, a ja wierzyłam, że biorę kawałek zła na siebie.
Przyszedł też i  Żal i szeptał mi truciznę do uszu.
Ściskał moje serce, wygnał miłość, radość i szaleństwo,
zostawił miejsce tylko sobie i zasiadł na tronie.
Lśni jego diadem łzami nie mienia i strat.
Resztę elfiego piękna spalał Gniew – ogień czerwony,
którego żadne łzy nie gasiły…
A każda z nich dawał mu siłę, by trwać.
Niezniszczalny i nieśmiertelny - żałosna parodia.

I przybył wreszcie Nienawiść wypełniając wszystko,
co nie zdążyło jeszcze spłonąć pożarem serca.
Staną nade mną i powiedział: „Spójrz na siebie.
Jesteś mgłym upiorem. Prze nich”
I szponem wskazał na świat, który zapłoną czernią
w moich oczach czerwonych i buchnął iskrami.
I poczułam rękę Nienawiści na moim sercu.
Naznaczona jego istnieniem Jestem
inna, nowa, zła, gniewna, znienawidzona, nie ja!
Ale jestem i zjadam swój ból by ocalać świat
przed sobą, przed nią, przed bestią…
Tańczy wokół mnie krąg rycerzy,
podsycających do walki.
Krzyczę, tonie mój krzyk w morzu Ich ryku…
Szepczę więc: „Przybądź już największy z szóstki
i ogłoś swe nie odwracalne wyroki.”
Dumny i groźny nadszedł Śmierć wolnym krokiem,
nie, nie kazał mi długo na siebie czekać.
Zwrócił w mą stronę blade oblicze upiora,
pustką świeciły wrogie oczy…
Objął mnie lodowatym uściskiem,
w jego ramionach konałam…
Srebrzystym sztyletem przebił mi serce,
chłeptał moją srebrną krew.
Czułam ból, już nie ten ziemski,
czułam  jak liżą me ciało mroźne płomienie
i pożera je brzmienie końca świata.
Potem była mętna mgłą i ostatni
przeszywający krzyk zaprzeczenia i kłębu uczuć…

Ciszę przeszył skowyt Królowej śniegu i jej
Upiorny śmiech zamkną me powieki.
Zamknięte zostaną na całe wieki.


Ale Chciałabym

Ale troska zabiera blask szczęścia.
Chciałabym częściej wstrzymywać czas,
ale wszystkim wciąż spieszno naprzód.
Chciałabym częściej spoglądać w niebo,
ale mówią, że nie można wierzyć gwiazdom.
Chciałabym częściej biec wraz z wiatrem
ale zbyt szybko zawodzi w fałszywą nutę. 

Chciałabym rzadziej ocierać łzy,
ale jeszcze wiele powodów do płaczu.
Chciałabym rzadziej krzyczeć na ludzi,
ale wciąż tyle złości w sobie noszę…
Chciałabym rzadziej posyłać złe spojrzenia,
ale na co wypada mi patrzeć z czułością?
Chciałabym rzadziej zmieniać ten świat,
ale trzeba zakopywać kolejne pułapki.

 Chciałabym jeszcze poszukać przygód,
ale opuściły one już świat monotonii.
Chciałabym jeszcze całą poznać prawdę,
ale nawet ona przesiąka kłamstwem.
Chciałabym jeszcze umieć wybaczać,
ale silniejsze bywa pragnienie zemsty.
Chciałabym jeszcze ciągle być sobą,
ale oni wolą oglądać wykrzywione maski.

 Chciałabym dalej wznosić się ku niebu,
ale nigdy nie wyrosną mi skrzydła.
Chciałabym dalej słuchać tamtych bajek,
ale przeminął już czar mądrych słów.
Chciałabym dalej przytulać ciebie,
ale wolisz mnie winić za wszystko.
Chciałabym dalej mówić, że kocham,
ale nie mam już komu i za co… 


Śmierć świata (wizja)

  Mówisz – spójrz w niebo.
Patrzę
I widzę – to nie to niebo, które chciałabym oglądać…
Czy tak wygląda kolor nieba? Ten czysty błękit?
Teraz blado wypłowiałe, puste, smutne, ołowiane, niechciane…
Jego znaczenie przemija...
A w oddali majaczą kłębiące się czarne chmury,
Spadnie z nich morze łez, które nie ożywią spękanej ziemi.
I nie ma już słońca.
Ni jednego błysku świetlistego promyczka!

Odeszło.
Popatrz na te drzewa chyboczące na wietrze -
Spróchniałe, połamane, półmartwe, czekające na nieodwracalne.
Czy to w nich tkwiła niegdyś potęga?
Dostojność i duma potężnych władców istnienia?
Stoją w marnym bractwie nie mając cienia nadziei na przetrwanie.
Dają nam życie, a my w zamian dokonujemy masowych mordów.
Ale nikt nie widzi ich bólu.
I łez niektórych, którzy je widzą.
I gdzieś na porośniętej suchą trawą polanie
Spoglądam w martwą taflę jeziora niemarszczoną już lekkim powiewem,
Która nie odbija już blasku gwiazd.
Odzwierciedla za to ogrom cierpienia i odniesionych ran.
Widzę pustkę...
Życie zamiera.
Pochłania je gęsta mgła zapomnienia.
Gdzie nasz świat? Dlaczego przeminął jego czar?
Zniszczyli, zabili, splugawili, zhańbili, porzucili...
Wszechwiedzący, a ślepi, mędrcy, a głupi.!

Nie pozostało już nic, co niegdyś olśniewało pięknem. Przepadło.
Tylko ta straszliwa pustka wypełniona wiecznym ogniem na potępienie.
Przestańcie!
Zostawcie te szczątki, resztki godności, tak brutalnie rozszarpanej;
Na pamiątkę...