Wiersze Sankari`ego


Wciąż     nowy

Znów myśli tysiące,
a nawet miliony
gotowe są polec,
za uśmiech miniony.

Rozmawiać bez słów
to trudna sztuka
udało się, wiem
jak spojrzeń tych szukać.

Ten róż zapach czuć,
mógłbym nieskończenie
wciąż mało mi go,
nasila się pragnienie.

Wybory dokonane,
czas pokaże słuszność
światy podzielone
komu nie jest trudno?
 


 

Taniec w deszczu   nowy

Ja wezmę Cię za rękę
i z domu wyprowadzę
pójdziemy tam - ja wiem gdzie
myśli jak kwiaty sadzę

Daleko uciekniemy
wśród fiołków, bzów i mleczy
tylko we dwoje żeby
odnaleźć koniec tęczy

Tam gwiazdy jakieś inne
tak blisko będą Ciebie
pozrywam je jak kwiatki
w lekkim ciepłym powiewie

A rano skoro świt
wśród deszczu kropel ciepłych
będziemy tańczyć boso
bez marzeń tak odległych

A gdy znowu powrócisz
do domu swego sama
wciąż będziesz oczekiwać
wytańczonego rana

Jedyne oprócz wspomnień
co Tobie pozostanie
to bukiet gwiazd wieczornych
leżący na tapczanie


 

Uciekinierzy    nowy

Po co do świata wracać
Gdy, jakby świat tego nie chciał?
Tak trudno jest udawać
Że się złego nie pamięta

Nie szukać przyjemności
W codzienności innych
Lecz szukać swych radości
Tych winnych czy nie winnych

Dlatego uciec choć na krok
Tak wielu ludzi marzy
I zawsze gubiąc trop
Nikt nie chce się odważyć

Wyjechać z nią za rękę
Trzymać i nie puścić
To byłoby zbyt piękne
Już nie chciałbym zawrócić

 


 

Kwiatuszek?   nowy

Jak oprzeć się uroku
Tak białej orchidei ?
Kiedy pnie się w górę sama
Jak nie dać jej nadziei ?

Jak uciec od zapachu ?
By nie zostawiać serca
Co chciałoby czuć zapach
Tak gorzka jest rozterka

Nie mogę zerwać jej
I zabrać z sobą w dal
Gdyż uschnie w dłoniach mych
Zapłakałby się świat
 


 

Złodziej - marzyciel    nowy

Porwę Cię, nie bacząc na konsekwencję
Porwę Cię, i możesz mieć pretensje
Porwę Cię, choć jeszcze o tym nie wiesz
Porwę Cię, chcesz być porwana przecież

Wyciągnąłbym Cię ze świata
I kazał iść ze sobą
Przez dzień przez miesiąc przez lata
Ty ze mną a ja z Tobą
Wyciągnąłbym Cię ze świata,
Bo wyciągnąć w prawdzie nie mogę
Mimo że przede mną życie
Sam stoję – czas w drogę


Umarł

Żyw się czuje, ale mnie nie widzą
Jak żyw myślę, mówię, ale mnie nie słyszą
Czy zmarłem? – Nie pamiętam
Wiem jedno-tego jestem pewien
Pochowali mnie na pewno,  lecz na pewno nie w glebie

 Dlaczego tak się stało?
Kogóż mam spytać jeśli nawet Bóg nie odpowiada,
Przecież wie – musi wiedzieć!
Nawet nie wiem jak patrzeć na siebie w lustrze
Czy to może ja jestem odbiciem?
Niemożliwe?
Czyżby?
Któż zadał mi śmiertelny cios?
...
Niemożliwe!


Te Tępe Narzędzie

 Zabiłem, smak krwi znam najlepiej
Zabiłem, Bóg mi świadkiem: tak być nie miało!
Zabiłem, tańczyłem w wietrze raniąc ofiary
W górę i w dół!
Czy to moje przeznaczenie?
Szkoda!
Jestem tylko tępym narzędziem w jego dłoni?
Taki los...
Tylko że miecz jest zawsze ostry...


 23:17

 Kolejny dzień uciekł
Choć nie wiem po co i dlaczego
Ani gdzie im się tak śpieszy
I czemu tak szybko tam uciekają
W mrugnięciu oka przewijają się:
Ludzie, obrazy, słowa
A jeszcze przed chwilą otaczał mnie błękit nieba
Gdy bawiłem się w piaskownicy

Teraz błękit ucieka w chmury
Ja zmieniam się w robota
A piaskownica to już tylko takie miejsce
Ale miejsce które kiedyś dawało mi tyle radości
I po co to? Jakoś tamto bardziej mi się podoba


Człowiek Nibygłaz

 Twardy jestem – powiedział
Niemożliwe wręcz aby go pokonać
Twardy jestem jak głaz – dodał
Taki nieugięty, zawsze gotowy
W tym co robi
W tym jak postępuje
Skupiony i cierpliwy
Tak się przechwalał
Pytam więc: Każdy kamień tyle gada?



Gwiazdy

 Ból czuję niezbadany
Ból odczuwam nie czując go
Niby wszystko jest dobrze
Ale tylko niby..
Przyjaciele jacyś inni
Moje łóżko coraz mniej wygodne
Już nawet mnie nie cieszy piękny krajobraz
Taki czy inny
Tylko lustrzane odbicie w dnie jej oka
Wprowadza euforię
Tylko tego mogę szukać, tylko to znajdując
Gwiazdy nie patrzą już na mnie tak łaskawie
Jak wtedy gdy umiałem jeszcze na nie patrzeć.

 


 Któż to ?

 Po równinie zasypanej śniegiem
W czarnym płaszczu podąża postać
Mgła to jedyne co oprócz wiatru jej towarzyszy
Idąc wydeptuje ślady w śniegu
Ślady których po chwili już nie ma
A one nie zdają sobie z tego sprawy
Każdy ślad jest widoczny tyle ile powinien być
Tylko jedno jest wyborem:
Być śladem i zniknąć, lub
Być śladem z tą tylko różnicą że znikając
Można wiedzieć czego się dokonało..

I tak podąża swoją drogą Przeznaczenie !


Taka Chwila

Kiedy to pustynia ludzkich słów, zmraża twe uczucia jak mróz Syberii
Kiedy to samotność przenika Cię, jak wiatr rodem ze szczytów gór
A jedyne o czym chce się myśleć to: jak stąd wyjść
Przypomnij sobie ciepło matczynych rąk
Uczucia smak, tak czysty jak promień załamujący się w kropli rosy o świcie
I zapach przy którym blednie nawet zapach Betelu
By pokonać mróz, pustynię i wiatr w jednej chwili

 


Kiedy

Kiedy już gasną światła miast, by wpuścić ciemność
Kiedy już księżyc wstaje, by zerkać w Twe okno
Kiedy już cisza przychodzi, by zabić hałas
Kiedy już tylko do siebie możesz mówić,
By mówić coś jeszcze
Wtedy wyruszasz tam, gdzie trafiasz co dzień
Mimo to i tak nie pamiętasz drogi
Już czas....
Cliodno wpuść mnie do swej krainy
Pamiętaj: Liberae sunt nostrae cogitationes – tylko one

 


 Ja człowiek

 Idę przed siebie, zła się ni lękając póki mnie nie spotka
Idę przed siebie z nieszczęścia się śmiejąc póki mnie omija
Idę przed siebie póki brzuch pełen i gdzie spać jest
Idę przed siebie o śmierci nie myśląc póki jej nie widzę
A kiedy spotykam nieszczęście siadam i się modlę.

 


Na ratunek

 Widząc jak pochłania mnie zgnilizna grzechu
Uświadamiam sobie bezbronność równą pierwszym przebiśniegom
I szukam ratunku w szarzyźnie dnia powszedniego
Patrząc jak tonę w obojętności śmieją się
Co budzi moja złość, panikę....
Jednym krzykiem – resztą sił
Gdzie jesteś...!?!?
Jest, już jest, spokojnie
Mogę spocząć
Dzięki Cliodno...

 


 Życzenie

Chciałem aby śmierć przytuliła mnie już teraz
Chciałem patrzeć na wszystko nie widząc
Myślałem??- może nie do końca
Zawieszony pomiędzy szczęściem
I rutyną – mogłem już nie myśleć
I wybił się pierwszy promień uzdrowienia
Niespodziewanie, jakby przedwczesny świt
Lecz ja mogłem tylko ogrzać dłonie
Przed dalszym nieustępliwym mrozem