SANKARI

Opowiadanko należy do mnie - czyli autorki strony - powstało ono w jedno z tych bezsennych gwieździstych nocy ....

 

            Kolory dnia zbladły, aby ustąpić miejsca czerni. Mrok zgęstniał, cienie zrobiły się bardziej tajemnicze. Opadła delikatna zasłona nocy i zjawił się gwiezdny bezmiar. Majestatyczny księżyc zajął dumnie najwyższe podium na bezchmurnym niebie i obserwował mgłę tańczącą pośród nagich konarów drzew, gdzie leżał Sankari. Był to młodzieniec o falistych niczym górskie potoki włosach o złotym odcieniu, trochę pociągłej twarzy z niesamowitym błękitnym błyskiem w oczach, a jego fińskie imię oznacza „Bohater-wojownik”. Była to jedna z cieplejszych letnich nocy w Finlandii. Leżał tak na ziemi niczym młody bóg czując pod swym nagim ciałem każde źdźbło trawy jednakowoż nie rozumiał stanu swojego umysłu. Wzrok jego przykuwała aksamitna kopuła zbryzgana diamentami, skłaniając do refleksji, notabene zdarzało mu się to niezwykle często w ostatnim czasie. Jako syn miejscowego szamana miał niedługo zostać poddany próbie, jaką przechodzi zresztą każdy młody mężczyzna z ich plemienia. Celem tejże próby jest odnalezienie swego mistycznego opiekuna – zwierzę i poznanie swego drugiego imienia. Jednakże nie to spędzało mu sen z powiek było to dla niego niejako naturalną koleją rzeczy jak to, że w przyszłości obejmie władzę nad siidą.

Kiedy spoglądał wstecz swoich wspomnień pamiętał tylko jej obraz, błogą twarz o turkusowych oczach, która napawała go lekkim dreszczykiem a zarazem uspokajała. Czuł przypływ chłodu wraz z ogarniającym zrozumieniem. Leżał i marzył. Nachodziły go myśli typu „co by było gdyby …”. Podświadomość usypiała, odchodziła ku krainie snu. Umysł dryfował łącząc elementy rzeczywistości z mroczną otchłanią marzeń. Sankari wiedział, że wkracza we własne urojenia, podobało mu się to, lecz zarówno spodziewał się spotkać tam Saari – kobietę, która odeszła z jego życia w sposób nienaturalny. Nie był przy jej śmierci, jednakże mówili, że popełniła samobójstwo. On jednak znał prawdę. Chciał wraz z nią odejść z plemienia, a wiedzieć trzeba, iż łączyła ich niesamowita, nieziemska wręcz metafizyczna miłość. Dopełniali się niczym dwie połówki jednego jabłka. Starszyzna plemienia wraz z jego ojcem dobrze zdawała sobie z tego sprawę, jak również fakt, że nie wypełni swej szamańskiej powinności jeśli zwiąże się z nią. Aby szamańskiej powinności stało się zadość powinien pełnić ową rolę idąc samotnie przez życie. Postanowili więc upozorować jej śmierć, w gruncie rzeczy było to morderstwo. Od tamtego czasu stał się kreatorem własnego bólu, tęsknoty łamiącej bogato przyozdobione filary duszy. Ciałem jego przeszył dreszcz, niepohamowana reakcja której nie był w stanie wyjaśnić. Umysł tworzył wyraz jego ukochanej, z którą obecnie przybywał już tylko w krainie snu. Noc była czasem, gdy dostrzegał potrzebę torturowania własnej duszy kobietą o której nie chciał zapomnieć, nigdy. Cierpienie wywołało łzy, obficie spływające kryształowymi potokami po twarzy człowieka potrafiącego czuć tylko nocą, gdy śnił o niej. Ona kołysała jego marzeniami, była ich twórczynią za co był jej wdzięczny. Ogarnięty przychylnością przeplataną z odczuciem samotności, mimo wylewu łez usnął. Śnił o kobiecie swego życia.

Rano zbudził go śpiew ptaków, a dreszcze często wstrząsały jego nagim ciałem pokrytym rosą. Czuł tylko gorycz w ustach wiedząc czym była spowodowana. Coraz częściej zastanawiał się nad samobójstwem sądząc, iż dołączy do niej. Postanowił choć na chwile ochłonąć po nocnych zwidach. Wstał, owinął się dorkiem, włożył kumagi i ruszył przed siebie zapominając o stadzie renów, które miał tymczasowo pod opieką. Był strasznie roztargniony, ale i tak chciał, aby nadeszła już kolejna noc. Wyszedł z pomiędzy drzew, okolica wyglądała pięknie oświetlona blaskiem dnia. Niegdyś cieszył go ten widok, napawał optymizmem. Ponadto czuł się wolny jak ptak, ścigał się z wiatrem a twarz często rozjaśniona szelmowskim uśmiechem patrzała na nią. Wspólnie dzielili tę radość. Po jej odejściu zmienił się, rysy wyostrzyły, zniknął blask w oku, a dla otaczających go ludzi stał się twardy niczym kamień. Sankari szedł przed siebie nie poznając okolicy. Wkroczył na polanę z wielkim głazem i malutkim źródełkiem na uboczu. Polana została pochłonięta przez dym czasu. Rozejrzał się, godzina była wczesna, a świat pogrążony w mroku. Strach z poczuciem bezpieczeństwa eksperymentowały ze sobą nie dając się pojąć. W niewielkim oddaleniu zauważył ruchomy punkt, nie mógł niczego odróżnić, ale już wiedział… poznał ją. Czuł jej obecność każdą komórką swego ciała, jej aurę, nawet rytmiczny oddech. W końcu dostrzegł oczy, turkusowe ognie, które patrzyły na niego. Wyglądała tak samo pięknie jak niegdyś. Podeszła do niego i zaczęła mówić:

♦ Päivä Sankari!

♥ Najmilsza Saari tak tęskniłem, tyle mam ci do powiedzenia, tyle chcia… - urwał gdyż zaczęła mówić do niego..

♦ Ciii… słuchaj mój miły, nie mam zbyt dużo czasu, przyszłam aby przekazać ci wiadomość…

♥ Ale jja..

♦ Chodzi o owoc naszej miłości, o naszą córeczkę..

♥ Nna… naszą córkę? Ja mam córkę?!?

♦ Zabrano mi ją… ma na imię Cliodna, proszę spróbuj ją odnaleźć i zaopiekuj się nią…

♥ Ale co się teraz z Tobą dzieje, gdzie przebywasz, dlaczego nie możesz zostac tutaj ze mną? Ja chcę cię nie tylko w nocy lecz w dzień także!!

♦ Las jest mi teraz domem, a elfy i driady siostrami... Oni potrzebuja przywódcy a ja króla.. jednakże twoje ziemskie przeznaczenie musi się dopełnic... musisz zostac szamanem.. tylko w taki sposób sie połaczymy.. A teraz żegnaj!

♥ Ależ zaczekaj! Jj.. ja chciałem… dla ciebie wszystko droga Saari jakem jest Sankari!

Jednakże został już sam, a polana na nowo rozbłysła wspaniałym słonecznym blaskiem. Jego puls stał się intensywny, krew uderzyła do głowy, poczuł się słabo. Upadł, otrząsnął i… obudził we własnej jurcie. Czyli to był tylko sen – pomyślał, poczym na ścianie zauważył dwa punkciki płonące turkusowym ogniem …….

  



 Słowniczek: